Siedemnastoletni Japończyk Shin Ōhashi wyszedł z cienia choroby i od razu przepisał historię na nowo: na rozgrywanych u siebie Igrzyskach Azjatyckich w Nagoi ustanowił rekord świata w stylu klasycznym na 200 metrów — 2:04,83. Poprzednie osiągnięcie Chińczyka Qina Haiyanga utrzymało się zaledwie trzy lata.
Rekord stał się nie tylko liczbą w protokole. Ōhashi pokonał skutki COVID-19 dosłownie na tydzień przed startem, a potem uzyskał czas, który sprawił, że mistrz olimpijski Léon Marchand przyznał: „Bardzo się go boję”. Francuski lider widzi w japońskim uczniu realnego rywala na najbliższe lata.
Japonia od dawna szuka następcy Kōsuke Kitajimy, ostatniego wielkiego klasycznego pływaka tego kraju. Pojawienie się Ōhashiego na tle dominacji Chin w pływaniu wygląda jak sygnał: azjatyckie pływanie przestaje być monopolem jednego mocarstwa. Chiny zdobyły już na tych igrzyskach ponad 75 złotych medali, ale to właśnie japoński nastolatek ukradł główny nagłówek dnia.
Za tymi suchymi sekundami stoi precyzyjny system: silny sztab trenerski, przemyślane otoczenie i umiejętność zamieniania porażek w atut. Choroba, jak mówi sam Ōhashi, stała się „błogosławieństwem w przebraniu” — organizm się zregenerował i osiągnął szczytową formę dokładnie na start u siebie.
Następny cel jest oczywisty — złoto mistrzostw świata. Jeśli Ōhashi będzie dalej rozwijał się w tym samym tempie, światowe pływanie zyska nową oś rywalizacji: nie tylko Chiny przeciw wszystkim, ale i młody Japończyk przeciw uznanym gwiazdom.
Na razie jednak jeden wyścig w Nagoi pokazał, jak kruche bywają rekordy i jak szybko zmienia się układ sił, gdy na starcie staje nowe pokolenie.


