Historia Philadelphia 76ers z ostatniej dekady to przydługi serial o nadziejach, które brutalnie rozbijają się o rzeczywistość fazy play-off. W maju 2026 roku ta opowieść doczekała się chyba swojego najbardziej bolesnego finału. „Sweep” w wykonaniu nowojorczyków i wynik 0–4 to nie tylko zwykła porażka, ale jasny dowód na systemowy impas.
Co właściwie poszło nie tak w tej serii?
Kluczowym czynnikiem okazała się dyspozycja zdrowotna Joela Embiida. Absencja w drugim meczu z powodu urazu kostki oraz ogólna sztywność ruchów pozbawiły Sixers ich głównej ostoi defensywnej. Gdy lider nie jest w stanie dominować w „pomalowanym”, cały system obrony sypie się niczym domek z kart. Tom Thibodeau wykorzystał to po mistrzowsku.
Knicks nie tylko wygrali – oni zdeklasowali rywali pod względem taktycznym. Rozstrzygające czwarte starcie zamieniło się w popis rzutów z dystansu. 25 trafionych „trójek” to nie kwestia szczęścia, lecz efekt wzorowego krążenia piłki i wykorzystania powolnych rotacji Philadelphii. Podczas gdy Tyrese Maxey próbował ratować sytuację w pojedynkę, Nowy Jork grał koszykówkę przyszłości: szybką, atletyczną i bezlitosną.
Na osobne wyróżnienie zasługuje Miles McBride. Wychodząc w pierwszej piątce w miejsce kontuzjowanego Anunoby’ego, w czwartym meczu trafił aż 7 rzutów za trzy punkty. To właśnie głębia składu, której Philadelphii katastrofalnie zabrakło.
Teraz przed władzami 76ers stoi egzystencjalne pytanie. Czy warto nadal budować zespół wokół podatnego na kontuzje środkowego, gdy współczesna NBA pędzi naprzód z prędkością naddźwiękową? Tarcia między Embiidem a biurem zarządu, o których coraz częściej szepcze się w kuluarach, zwiastują nadchodzące wielkie zmiany.
W dłuższej perspektywie ten upadek może stać się katalizatorem długo wyczekiwanego odświeżenia składu. Czasem, aby zbudować coś naprawdę trwałego, trzeba najpierw całkowicie uprzątnąć plac budowy ze starych konstrukcji.
Czy fani z Philadelphii są gotowi na kolejny „Proces”, czy może kredyt zaufania do tej strategii definitywnie się wyczerpał?



