W programie Jimmy'ego Kimmela 2 października 84-letni Paul McCartney opowiedział, jak Taylor Swift osobiście poprosiła go, by wykonał „I Want to Hold Your Hand” na jej ślubie z Travisem Kelce'em 3 lipca w Madison Square Garden. Legenda The Beatles dodał, że zaproponował piosenkarce, by sama zaśpiewała tę piosenkę swojemu narzeczonemu, i sala wybuchnęła śmiechem.
Ślub odbył się w obecności tysiąca gości, wśród których byli Stevie Nicks i inne gwiazdy. McCartney wystąpił na przyjęciu, a ceremonię prowadził Adam Sandler. To nie jest zwykła anegdota z kroniki towarzyskiej — to moment, w którym dwie epoki muzyki popularnej spotkały się w jednej sali.
McCartney już nieraz porównywał sławę Swift z Beatlemanią i zauważał, że nie potrzebuje ona rad. Tym razem sam stał się częścią jej historii, wykonując hit 1964 roku po raz pierwszy od dziesięcioleci na dużym wydarzeniu. Swift z kolei od dawna przyjaźni się z rodziną McCartneya i ceniła jego zdanie.
Pojawienie się McCartneya na ślubie podkreśla, jak Swift buduje więzi z poprzednikami. Nie tylko gromadzi gwiazdy na wydarzeniu — zaprasza tych, których muzyka ukształtowała branżę, w której dziś dominuje. To gest szacunku, a jednocześnie demonstracja ciągłości.
Dla samego McCartneya takie historie to sposób na pozostanie w centrum uwagi bez nowych albumów czy tras koncertowych. U Kimmela mówił lekko i z humorem, zamieniając osobisty moment w publiczną anegdotę. Widzowie usłyszeli nie tylko o ślubie, ale i o tym, jak legenda nadal uczestniczy w życiu nowych pokoleń.
Ostatecznie historia o piosence, którą Swift chciała usłyszeć od McCartneya, a on zaproponował, by zaśpiewała ją sama, pokazuje, jak ściśle splatają się sfera prywatna i publiczna w świecie supergwiazd. Nawet po dziesięcioleciach klasyk może stać się częścią cudzej rodzinnej historii.


